FacebookTwitterPinterestGoogle+Share

Wolność moja kochana

Wolność moja kochana

Opowieści wsadzone w regał z baśniami. O emigrantach, którzy sercem są w Polsce, rozumem za jej granicami.

Polska – kraina mlekiem i miodem płynąca. Praca szuka człowieka, nie człowiek pracy. I średnia krajowa na poziomie ponad 4 tys. zł miesięcznie. Niższy wiek emerytalny, dodatkowe 500 zł w bonusie na dziecko. Tylko, że obywateli w niej ubywa.

Mocna szkocka, raczej polska

Przed trzema laty wrócili ze Szkocji. Mieszkali w urokliwej dzielnicy Folkirk, gdzieś w połowie drogi pomiędzy Edynburgiem a Glasgow. On pracował w tartaku, ona dorabiała w restauracji. Gdy otwierali lodówkę niczego w niej nie brakowało – świeże warzywa i owoce, wędliny i sery, no i jogurty dla dzieci, a mają ich dwoje. Do bogatych nie należeli. – Ale za pieniądze, które płacili żyło się spokojnie, bez problemów – wspominają. Wystarczało na opłaty za prąd, gaz, wodę. Aby pomóc rodzicom tam w Polsce. – Trzeba przyznać, że niczego sobie nie odmawialiśmy. Stać nas było na samochód, na weekendowe wyjazdy zagranicę, na wakacje w ciepłych krajach, by oderwać się od deszczowej i ponurej pogody – dodają. Minęło siedem lat. Tęskno im było do Polski. W telewizji usłyszeli, że kraj rodzimy jest niczym zielona wyspa w sercu Europy. Gospodarczo się rozwija, żyje się coraz lepiej. Niczym w sąsiedniej Irlandii, o której jeszcze nie tak dawno krążyły takie opowieści. Usiedli więc wieczorem, wyciągnęli album i przeglądając zdjęcia postanowili – nie ma co czekać, wracamy! – Sprawy trzeba było pozamykać, wymówić najem mieszkania i zamawialiśmy lotniczy bilet do Poznania – mówią. Na koncie mieli odłożonych sporo pieniędzy. Kupili działkę na wsi i postawili dom. Zostało jeszcze na aklimatyzację. – Odradzali nam, że robimy błąd, że nic się nie zmieniło, ale to było silniejsze od nas – nie ukrywają. Rzeczywistość zweryfikowała słupki i wykresy, opinie ekspertów i doradców, co jakiś czas przewijające się w polskich mediach. Praca miała spadać z nieba, nie spadała. – Poszłam pracować do sklepu, mąż załapał się do jakiegoś pobliskiego zakładu, ale zamiast średniej krajowej i kilkunastu tysięcy złotych widzieliśmy ledwie najniższe krajowe – relacjonuje żona. Dzieci więcej czasu spędzały u dziadków niż u ich boku. Zaczęły się problemy w szkole. – To było brutalne przebudzenie. Przez dłuższy czas nie mogliśmy się też przyzwyczaić do cen w sklepach. Są bardzo wysokie, zupełnie nieadekwatne do zarobków. Ciężko było związać koniec z końcem – rzucają. Przez chwilę zwątpili – może popełniliśmy błąd? Postanowili dać sobie szansę.

Fabryki i socjale

Szansę dawała sobie rodzina z Nowej Soli. To miasto, które ma ponoć najszybciej rozwijającą się strefę ekonomiczną w kraju. Wielkie zagraniczne fabryki znanych marek. – Tylko, że zarobki na niskim poziomie – mówi Piotr (30 l.). Jego żona chorowała i nie mogła podjąć stałej pracy. Ponadto pomiędzy regałami w pokoju raczkowała już mała Aleksandra. I choć dostali mieszkanie socjalne od miasta, to przetrwać było trudno. – Liczyliśmy każdy wydany grosz, aby nie przekroczyć domowego budżetu. W socjalnym nie było wesoło – brud, pijaństwo, patologia. Nie byliśmy tacy, nie chcieliśmy, aby nasze dziecko wychowywało się w takich warunkach. To było straszne. Starałem się o kredyt w banku na mieszkanie. Kierownik drwił ze mnie – z takim kwitkiem z zakładu? Niech pan nie żartuje – mówił mi prosto w oczy. Byliśmy pod ścianą – kontynuuje. W internecie znalazł ogłoszenie, że szukają budowlańców z fachem w ręku do pracy pod Monachium. Miasto dobrze mu się kojarzyło, bo w barwach miejscowej drużyny gra przecież piłkarz Robert Lewandowski. – Pomyślałem, że skoro mu się udało, to mi musi, że to szczęśliwe miasto – wyjechał. Miał to być najpierw miesiąc, góra dwa, by się odbić. Trzeci, szósty…rok. Do domu zjeżdżał rzadko, więc postanowił spakować walizki i przenieśli się na stałe do Niemiec. Mogłoby by się wydawać, że niewiele się zmieniło, bo nadal zarabia najniższą krajową. Liczona w euro daje jednak satysfakcje. – Nie będę ściemniał – za mieszkanie z rachunkami płacimy miesięcznie około 600 euro, życie na dobrym poziomie kosztuje drugie tyle. Doliczę paliwo i w kieszeni zostaje mi około 200 euro, ale do tego dochodzi prawie drugie tyle zasiłku na dziecko, a resztę dopłaca państwo. To miłe uczucie nie myśleć o tym, co włożyć do garnka. Za uczciwą pracę – cieszy się. Ostatnio, jak odwiedzili Nową Sól, w ręce wpadła im lokalna gazeta. Przeczytali w niej, że otwiera się następna fabryka – niemiecka. Prezydent chwalił, że zarobki będą wysokie, bo ponad 2 tys. zł na czysto. Przewrócili stronę.

W domu najlepiej

Drewniane schody w starej wrocławskiej kamienicy. Na ostatnim piętrze po prawej stronie mieszka pięcioosobowa rodzina. Z okna widać nowoczesny wieżowiec Sky Tower. To symbol stolicy Dolnego Śląska. Symbol rozwoju gospodarczego. Troje dzieci, żona, tylko męża brakuje. Ten w Norwegii, gdzie właśnie rozpoczęły się sezonowe zbiory owoców. W robocie, tu na miejscu, wziął urlop. Pojechał na miesiąc dorobić, bo wrzesień się zbliżał, pociechy do szkoły trzeba wysłać. Kupić zeszyty, przybory, buty. – Nie powiem, że nie warto wyjechać, bo za te kilkanaście dni zarobię tyle, ile u nas w pół roku. Na stałe, to bym nie chciał. Drogo jest i trzeba byłoby harować więcej, aby wyjść na swoje – zdradza Mirosław (43 l.). Jest patriotą z krwi i kości – ojczyzna ma dla niego szczególne znaczenie. Poza tym nie smakowało mu jedzenie, nie odpowiadał klimat, język też był nie do przebrnięcia. Uważa, że lepiej żyć biedniej, ale u siebie, wśród swoich. – I bezpieczniej, bo podobno w Skandynawii były zamachy terrorystyczne. Zawsze można znaleźć się w nieodpowiednim miejscu i czasie – dmucha na zimne.

– Pracować trzeba na naszą gospodarkę, wspierać, aby na emerytury ludziom wystarczyło, czy renty – ciągnie. Pyta – czy w Polsce jest tak źle? Tłumaczy – dała ci wszystko, co do tej pory miałeś. Tradycjonalista, twardo stąpający po ziemi.

Ty PiSior, ty lewak

Spytamy inaczej – za czym nie tęsknią Polacy? W Holandii, dokładnie w Venlo jest mechanik z Polski. Ma własną firmę i nieźle sobie radzi. Zatrudnia ludzi, w tym Turka i Niemca. Zlecenia sypią się z dnia na dzień. – Czasami nie wiadomo w co ręce włożyć! – opowiada. Nie ma zbyt wielu powodów do narzekania. Zwłaszcza na system podatkowy, a i „ZUS” nie śni mu się po nocach. – Koszmarów nie mam. To, że tutaj pomaga się przedsiębiorcom, to duża ulga. Tego brakuje w Polsce, bo nie docenia się przede wszystkim małych przedsiębiorców, którzy obarczeni są takimi samymi kosztami, jak tuzy – żali się. Jeśli o tuzach mowa, to ma jeszcze jedno zastrzeżenie. – Jak przyjeżdża gość z Francji z walizką pieniędzy, to daje mu się działkę za darmo, znosi podatki od nieruchomości na kolejne lata, a nas dobija – nie obawia się mocnych słów. Nie tęsknimy za politycznymi kłótniami, zawieruchami, wojnami. – Bo nie ważne, czy ktoś jest z prawicy, lewakiem, czy byłym donosicielem w czasach PRL-u. Prawda jest taka, że musisz być z rządzącymi, aby mieć prace. To takie kolesiostwo w wielkim skrócie – ucina. Nie podoba się również to, że Polak to Polakowi kłody kładzie pod nogi. Z perspektywy polskiej ziemi – emigracja? Wow, kasa! Z tej drugiej jednak tęsknota za najbliższymi, za chwilami do których nigdy nie będzie już powrotu.

Mateusz Komperda / TwojaAnglia.eu

FacebookTwitterPinterestGoogle+Share