FacebookTwitterPinterestGoogle+Share

Jestem jak statek kosmiczny

Jestem jak statek kosmiczny

O tym, dlaczego wytatuowała sobie na ręce słowo dystans, medycynie, której nie skończyła, cudownym podobieństwie do rodziców i dlaczego warto gonić szczęście opowiada najbarwniejsze dziecko-kwiat ostatnich lat polskiej sceny muzycznej i zarazem jedyna polska wokalistka śpiewająca prawdziwy bigbit, Ania Rusowicz.

Jesteś panią magister psychologii. Znajomi często dzwonią, żeby się u ciebie poradzić?

Tak. Muszę otwarcie powiedzieć, że tak jest, ale nie wiem, czy to wynika z tego, że jestem psychologiem. Może po prostu nauczyłam się słuchać ludzi? To jest pewna cecha, nie trzeba kończyć studiów wyższych, specjalistycznych, żeby przestać mówić i nauczyć się słuchać. Ja się tego nauczyłam, przyszło to do mnie wraz z dojrzałością. Może też pewne życiowe doświadczenie, które gdzieś tam mam. Dość duże, bo musiałam bardzo szybko dojrzeć i dorosnąć. Może dlatego czuję większą dojrzałość, a ludzie potrzebują takiej siły i wsparcia. Ja służę wtedy pomocą, jestem dla swoich przyjaciół.

Jak gdzieś w tym świecie, w którym każdy goni za jakimiś trendami pozostać sobą, pozostać Anią Rusowicz?

Kluczem jest dystans, ja mam nawet tatuaż na ręce z napisem dystans, dlatego, że czasami też o nim zapominam. Dystans, taki wewnętrzny luz, to jest bardzo potrzebne w życiu. Życie mamy jedno, mamy je przeżyć tak, jak chcemy. Żaden argument, czy praca, czy stres to nie jest argument za tym, żeby się zmasochizować i cierpieć, a zwłaszcza generować problemy dla samego siebie. To jest zupełnie bez sensu. Taki dystans pozwala nam odciąć się od problemów i pomyśleć sobie: „Chwila, moment! Tu i teraz się liczy. To ode mnie zależy, to jest moja decyzja, czy będę szczęśliwa?

Długo ci to zajęło, by dojść do momentu, w którym robisz to, co kochasz i czuć się komfortowo z myślą, że odnalazłaś w życiu swoją drogę?

Nigdy do końca nie czuję się komfortowo, dlatego, że taki mam zawód. Podlegam pod opinię publiczną, cały czas jestem poddawana ocenie, oceniam też samą siebie, chociaż staram się tego nie robić. Mój sukces to nie była kwestia przypadku, za tym stała ciężka praca. Mogę powiedzieć, że sukces jest dla każdego, mogą odnieść go wszyscy, ale niestety nie wszyscy go odniosą . Ja miałam szczęście, że mi się udało, ale za tym stała ciężka praca.
Był taki moment, że studiowałaś medycynę. Powiedz, czy te studia na coś ci się przydały?
Na pewno nauczyły mnie obowiązkowości. Świat jest molekularny, pełen chemii, fizyki, biologii. Ja się zawsze tym fascynowałam, dlatego poszłam na te studia. Zawsze musiałam postępować w zgodzie z sobą. Bardzo interesowałam się fizyką kwantową, biologia. To są moje zainteresowania, więc nie żałuję.

Medycyna, chemia to pokrewne dziedziny. Od czego twoim zdaniem zależy ta chemia między ludźmi? Co sprawia, że ludzie łączą się w pary?

Może jesteśmy takimi porozrzucanymi po świecie połówkami jabłek i każdy szuka swojej drugiej połówki? Jesteśmy zwierzętami stadnymi i potrzebujemy być razem, potrzebujemy drugiego człowieka. Jeżeli ktoś potrafi być szczęśliwy sam ze sobą, jest człowiekiem sukcesu, dla którego liczy się tylko praca, wakacje w Tajlandii i dobry samochód i jeżeli jest w tym szczęśliwy, to czemu nie, to jest jego pomysł na szczęście. Natomiast moim zdaniem prawdziwe szczęście dają jednak relacje z drugim człowiekiem, z innymi ludźmi.

Ty na swojej drodze spotkałaś Huberta, który jest twoim menadżerem i perkusistą w zespole. To chyba wspaniałe uczucie móc dzielić życie i pasję z bliską osobą?

To jest wspaniałe uczucie i nam się to udaje, lecz za tym też stoi praca. My wykonaliśmy ogrom pracy nad własnym małżeństwem, nad naszym związkiem. Zaczynało się burzliwie, byliśmy niedojrzałymi ludźmi, ale razem ze sobą dojrzewaliśmy i to jest taki piękny proces, że możemy się od siebie uczyć, że towarzyszymy sobie w tej przygodzie, która nazywa się życiem. Każdego dnia coś razem odkrywamy i gdy człowiek może dzielić to doświadczenie z drugim, to jest dopiero ta fascynacja, o którą chodzi.
W piosence Tam gdzie pada deszcz śpiewasz, że to w przeciwieństwach należy szukać siły, bo to daje nam możliwość rozwoju.
Jeżeli spotykają się dwie osoby i sobie słodzą, to jest dla mnie mało konstruktywna rozmowa, choć z drugiej strony warto się powspierać. Natomiast jeżeli spotykamy osobę, która wytyka nam nasze wady, ja odczytuję to jako szansę dla siebie na rozwój, bo spotkałam tego posłańca, który mi coś pokazuje w mojej osobowości, nad czym powinnam pracować.

Jak słychać miłość i pasja wypełniają twoje życie, czy czegoś do szczęścia jeszcze człowiekowi potrzeba?

Bardzo dużo, dlatego że szczęście to proces, to jest to za czym gonimy i czasami czujemy jego smak, ale nigdy nie możemy go osiągnąć w pełni i to jest chyba najfajniejsze. Warto mieć marzenia, warto gonić to szczęście i nigdy go nie złapać. Życie nie ma sensu bez szczęścia, bo życie po prostu jest sensem.

Takie złote myśli znaleźć możemy w twoich piosenkach, do których sama piszesz teksty. Bardziej inspirują cię twoje osobiste doświadczenia, czy obserwacja tego, co się wokół dzieje?

Ja tylko piszę prawdę, nie potrafię pisać z kapelusza, nie wychodzi mi to. Muszę naprawdę coś przeżyć, żeby to potem przelać na papier. Wszystkie moje piosenki to są opowiadania, które się wydarzyły naprawdę.

Kiedy słucha się twoich przebojów można odnieść wrażenie, że na chwilę teleportowaliśmy się do lat 60. Miewasz czasem takie myśli, że fajnie by było móc żyć i tworzyć w tamtych czasach?

Tego nie wiem, każde czasy są dobre, mają swoje dobre i gorsze strony. Przyszło mi się urodzić w tych czasach, więc widocznie tak dla mnie jest najlepiej. Gdybym tworzyła w tamtych czasach, nie byłabym jedyna, a dzisiaj ja jestem trochę jak taki statek kosmiczny, który przewozi inne osoby do tej muzyki z lat 60. chociaż sama nie wiem, jak to funkcjonuje, po prostu mam pokłady takiej dziwnej energii. Mówi się, że kto przeprawia ludzi przez rzekę, sam też tam dopływa. Ja udaję się w podróż z tymi ludźmi i to jest fajne doświadczenie, że można teleportować się w czasie, jak w filmie Powrót do przeszłości. Podobnie jest z moją muzyką.

Mój Big- Bit, twój pierwszy solowy album to idealny środek teleportujący w czasie, dla młodych do krainy dzieciństwa, dla starszych do pierwszych muzycznych sentymentów. Co tak fascynuje się w latach 60.

Tego też nie mogę do końca jakoś stwierdzić, dlatego, że po prostu pewne rzeczy dla mnie są. Jak coś mamy wewnątrz, to wtedy możemy to dać, jeżeli czegoś nie mamy, to dać nie możemy. Skoro to mam w sobie, to rozdaję to ludziom i nie wiem sama skąd się bierze taka energia twórcza. Nie jest to żadna kreacja, ani wzorowanie się na latach 60.

Geny przesądziły o tym, że zdecydowałaś się pójść w tą stronę?

Myślę, że nie da się zaprzeczyć biologii i genetyce, tak ten świat jest stworzony.

Swoją płytą przypomniałaś słuchaczom o wspaniałej twórczości mamy Ady Rusowicz i udowodniłaś, że nie nazwisko, a prawdziwy talent się liczy. Bo pewnie na początku były z tym pewne problemy i zarzut, że karierę budujesz na jej wizerunku?

My, ludzie uwielbiamy myśleć, że sukces nie należy do nas. Lepiej przypisać komuś, że miał farta, albo układy. Bo jakby miał talent, to musielibyśmy się porównywać, że może my nie mamy takiego talentu, albo nie włożyliśmy w coś tyle pracy, co ten człowiek, który odniósł ten sukces, więc łatwiej jest przypisać, że mama załatwiła, tata załatwił. Ja się z tym też mierzyłam. Pewne rzeczy są zapisane w gwiazdach. Mówiono mi, że nie dorastam matce do pięt, że ją kopiuję. Zadawałam sobie wtedy pytanie: „Jak można kopiować własnego rodzica, jak się jest jego częścią?? I postanowiłam być sobą, zrobić to, co czuję.

Niestety dziś bardzo powszechny jest hejt i są osoby, którym ciężko jest tak po prostu docenić talent i to co robisz na scenie. Jest taki trend, by zawsze doszukiwać się tego, co jest za kulisami.

Ja też obserwuję rynek i myśl, że inspiracje są ważne. Są tacy, którzy inspirują się zachodnimi artystami, są też tacy, którzy kopiują tych artystów i to jest ten mechanizm. Natomiast w przypadku, kiedy mamy do czynienia z podobieństwem do rodziców, uważam, że jest to genialnie skonstruowane, że przekazujemy część siebie w genach, gestach, śpiewie, mowie, że jesteśmy częścią naszych rodziców, a nasi rodzice swoich rodziców. Tak ten świat jest zbudowany i to jest piękne, to jest cud tego świata.

Wkładasz w to co robisz sto procent, nie ma miejsca na półśrodki i oglądanie się na innych, to taka zasada, która w życiu na co dzień również ci przyświeca?

Sytuacja jest taka, że jak nie odpalisz tych stu procent, tych silników pełnej mocy w samolocie, to rozbijesz się na pasie startowym. Jeżeli coś robisz na pół gwizdka, to lepiej tego nie robić.
To podejście również słychać na twojej drugiej znakomitej, solowej płycie. Album Genesis jest bardziej psychodeliczny niż Mój Big-Bit, czy na kolejnym krążku zaprezentujesz słuchaczom jeszcze inną odsłonę swojej twórczości?
Poruszam się w swoim obszarze, ale na pewno zaproponuję coś innego, z tym, że to będzie wciąż ten styl, w którym się funkcjonuję. Nie chcę planować, kiedy się ona ukaże, chciałabym mieć ten komfort, by wydawać dobrze rzeczy, a nie płyty pod presją czasu. Tak z muzyką się nie da, ja tak muzyki traktować nie potrafię. Mają być dobre piosenki, dobre teksty i wtedy zostanie wydana płyta.

Lata 60., Baetlesi, od nich wszystko się zaczęło, tutaj, na terenie Wielkiej Brytanii. Lubisz odwiedzać Wyspy, mamy szansę spotkać się tutaj z tobą na żywo?

Mam bardzo dużo zajęć w Polsce, natomiast jeżeli będzie okazja zawitać w Londynie, to czemu nie? Pamiętam, kiedyś nawet grałam w Londynie, wspominam cudownie tamten koncert, ludzie się bawili na nim totalnie. Mam nadzieję, że uda mi się do was przyjechać z nowym materiałem i zaprezentować Polonii i nie tylko, bo muzyka to jest język uniwersalny. Mam nadzieję, że ktoś wpadnie na pomysł zaproszenia mnie do Anglii.

I tym pozytywnym akcentem, z nadzieją na prędkie spotkanie, kończymy naszą rozmowę, za którą bardzo serdecznie ci dziękuję.

rozmawiała: Małgorzata Prochal, Radio Star
opracowała: Marzena Wojciechowska, Twoja Anglia

wideo: Ania Rusowicz Official

FacebookTwitterPinterestGoogle+Share