FacebookTwitterPinterestGoogle+Share

Gospodarni na Wyspach: Networker z natury

Gospodarni na Wyspach: Networker z natury

Polak, łodzianin, były prawnik. Life Networkingowiec, jak sam o sobie mówi. To, co robi jest nie tylko jego profesją ale sposobem na życie. Networking stał się dla niego ideą, z którą budzi się każdego dnia. W kolejnej odsłonie wywiadów z cyklu Gospodarni na Wyspach poznajcie Wojciecha Kołodziejczaka. Uśmiechniętego kapelusznika, który ze spotkań z ludźmi uczynił swój zawód.

Dziś w pierwszej odsłonie szerokiego wywiadu, w którym opowiada o drodze, jaką przeszedł, by być specjalistą od networkingu i mentorem dla wielu osób. O tym jak się zaczęła jego brytyjska przygoda, co było dla niego zaskoczeniem i jak to się stało, że z dobrze zapowiadającego się prawnika stał się specjalistą od networkingu.

W Wielkiej Brytanii jesteś już od kilkunastu lat a rozpoczęło się od studiów prawniczych. Prowadził Cię tu głód wiedzy? Polskie studia były zbyt wąskie?

Wojciech Kołodziejczak: Zupełnie nie. Zaczęło się niewinnie, bez większych planów. Moi najbliżsi tutaj mieszkali a ja początkowo przyjeżdżałem tylko w odwiedziny. Pierwsza przyjechała do Wielkiej Brytanii moja siostra, pomimo tego, że dobrze sobie radziła w Polsce. Miała dobrą i stabilną pracę w banku ale postanowiła wyjechać ze swoim ówczesnym chłopakiem. Romans nie przetrwał ale zapoczątkował wspaniałą, brytyjską przygodę dla całej naszej rodziny. Chwilę po siostrze przyjechała tutaj nasza mama a na końcu ja. Zauważyłem bowiem, że w Wielkiej Brytanii są możliwości, jakie trudno będzie sobie stworzyć w Polsce. Postanowiłem więc tutaj kontynuować studia prawnicze. Zostałem aplikantem radcowskim i rozpocząłem współpracę z jedną z kancelarii prawniczych.

Pamiętasz moment przełomowy? Co Cię zainspirowało do zmiany kierunku zainteresowań, zmiany pomysłu na życie?

W. K.: A tak, to było w 2014 roku podczas kolejnego spotkania networkingowego prawniczego. Zostałem jednak na nie zaproszony wówczas już jako specjalista od networkingu. Okazało się bowiem, że moje działania networkingowe na rzecz kancelarii są tak skuteczne, że zostałem przez nią polecony do prelekcji na temat networkingu. To mi dało do myślenia. Poza tym ilość zadowolonych po tym spotkaniu osób, które znalazły pracę czy też nawiązały bardzo owocne relacje biznesowe spowodowała, że pomyślałem, aby robić to, i tylko to, na co dzień. A do tego praca w kancelarii mocno mnie rozczarowała. Nie tak sobie ją wyobrażałem. Siedzenie od 9.00 do 17.00 w opasłych kodeksach pośród ton dokumentów nie było tym, co chciałem robić w życiu. Zawsze lubiłem ludzi i spotkania z nimi. I okazało się, że to jest moja misja życiowa. Chciałem pomagać ludziom realnie a nie tylko na papierze.

Wielu Polaków przyjeżdżających do Wielkiej Brytanii przeżywa mniejszy, bądź większy ale zawsze jakiś szok kulturowy. Tobie zapewne też się to przytrafiło. Było to dla Ciebie ciekawe doświadczenie czy raczej trudny do przebicia mur?

W. K.: To prawda. Pierwszym takim szokiem dla mnie był język. Kiedy przyjechałem do Wielkiej Brytanii pierwszy raz, w 2004 roku, tuż po maturze, przede wszystkim zaskoczyło mnie jak Brytyjczycy się wypowiadają. Myślałem, że znam język angielski ale wylądowałem w Północnej Walii, gdzie opinia o moich umiejętnościach językowych została brutalnie zweryfikowana 🙂 Jeszcze dużo musiałem się nauczyć. Poza tym wiadomym jest, że różni ludzie są wszędzie więc i do Wielkiej Brytanii przyjechał cały przekrój polskiego społeczeństwa, w tym ludzi, którzy chcą się dorobić kosztem innych, czyli zwykli przestępcy. Trzeba być ostrożnym ale to akurat dotyczy wszystkich nacji. Ja do Wielkiej Brytanii przyjechałem bardzo głodny tego kraju. Chciałem poznawać Brytyjczyków, ich kulturę, obyczaje. Miałem nastawienie, że skoro to ja tutaj przyjeżdżam to muszę uszanować ich odrębność, przyjrzeć się jej, dobrze poznać i zaadaptować się w nowych warunkach.

Czym najbardziej różnimy się od Brytyjczyków? Do robienia interesów mamy na pewno różne podejście, choćby ze względu na tradycje kulturowe. Jakie są Twoje wrażenia po latach doświadczeń na tym gruncie?

W. K.: O tak, bardzo się różnimy. Pierwsze, co jest bardzo zauważalne u Polaków to zbyt duża skromność w biznesie. Na komplement: “Twój portal dobrze funkcjonuje” Polak praktycznie zawsze odpowie: “No coś Ty, jeszcze dużo trzeba zrobić, nie jest tak jak powinno być.” A Brytyjczyk: “Dziękuję, starałem się, aby dobrze się rozwijał”. I nawet jeśli jego produkt pozostawia sporo do życzenia Brytyjczyk ceni swoją pracę. Ma to też drugie dno, które tłumaczy taki duży napływ migrantów ze wschodniej Europy. Oni przyjeżdżają pracować na stanowiskach, których Brytyjczycy nie chcą się podejmować. Pamiętam, jak zostałem zaproszony do BBC, aby skomentować sławetną wypowiedź brytyjskiego Ministra Spraw Zagranicznych, twierdzącego, że Polacy przyjeżdżają do Wielkiej Brytanii tylko po to, aby korzystać z brytyjskiej pomocy socjalnej. Był to bardzo krzywdzący dla nas osąd. Niestety takich osób jak on było więcej, dlatego też tak wzrosły nacjonalistyczne nastroje wśród Brytyjczyków i Brexit stał się faktem.

Trudno się nie zgodzić. Wygląda to tak, jakby zabrakło chęci dialogu pomiędzy ludźmi. Takiego, który przecież stanowi podstawę Twoich działań. Jako osoba uznawana za specjalistę w dziedzinie, jak sam zdefiniowałbyś networking?

W. K.: Zawsze mówię, że networking to nie jest nic innego jak budowanie relacji. Networking nie jest sprzedawaniem, nie jest wymianą wizytówek, nie jest nakładaniem maski. Najlepszymi networkerami są ci, którzy są life networkerami czyli życiowymi networkerami. Oni w każdych okolicznościach mogą zbudować relację. Są ciekawi drugiej osoby. Nawiązują relacje nie tylko na spotkaniach biznesowych czy konferencjach ale nawet w sklepie lub saunie. Często przytaczam to ostatnie ponieważ sam przez lata budowałem relacje z grupą Brytyjczyków, z którymi spędzałem czas właśnie w saunie. Na początku mnie nie znosili bo byłem młody, z dziwnym akcentem a jeszcze do tego nie byłem “swojakiem”, nie pochodziłem z ich lokalnej społeczności. Po pół roku wspólnego przebywania jednak polubili mnie a nawet polecali mi klientów. Była taka zabawna sytuacja, kiedy w kancelarii koledzy się dziwili gdzie ja znajduję tych wszystkich dziadków na testamenty czy postępowania spadkowe. I wtedy padła moja odpowiedź: “Z sauny!” 🙂 Nasze regularne spotkania właśnie tam spowodowały, że nawiązaliśmy relacje. I tym jest networking – rozmawianiem i słuchaniem ludzi, otwieraniem się na nich i ich potrzeby.

Obecnie jesteś zaangażowany w pracę w Federation of Small Business a do tego stworzyłeś duży projekt The Multicultural Business Club oraz Life Networker. Zdaje się jednak, że działania w nich podejmowane uzupełniają się?

W. K.: Po odejściu z kancelarii skupiłem się na projekcie Life Networker. Jest to mój biznes, firma, którą prowadzimy wspólnie z moją partnerką, Justyną. Przy tej okazji powstał pomysł warsztatów, szkoleń z networkingu, propagowania idei budowania trwałych relacji w biznesie. Federation of Small Business to jest organizacja, z którą współpracuję. Jestem jej ambasadorem i promuję jej działalność na rynku mniejszości etnicznych. Jest to jednocześnie największa organizacja skupiająca mniejszych przedsiębiorców. Ma 160 tysięcy członków, co powoduje, że rząd brytyjski się z nimi liczy. I właśnie dzięki temu mogliśmy stworzyć, wspólnie z Szymonem Niestryjewskim, kolejny projekt The Multicultural Business Club. Jest to organizacja non-profit, wspierana przez Polski Konsulat w Manchesterze. Polega on na organizowaniu spotkań z biznesmenami mniejszości narodowych w UK, na których mogą wymieniać się doświadczeniami, budować nowe relacje. Na przykład ostatnio, w listopadzie organizowaliśmy spotkanie w Manchesterze. Zarejestrowało się na nie 30 członków z 10 różnych krajów. Wśród członków klubu mamy osoby z Brazylii, Mołdawii, Indii, Pakistanu, Bułgarii i Polski. Po prelekcji uznanych mówców zawsze mamy spotkanie mniej formalne, gdzie ludzie mogą się poznać i zaprezentować profil swojej działalności. Co ciekawe, mają na to minutę! 🙂

Czy po takich spotkaniach otrzymujesz zawsze informację zwrotną kto się z kim skojarzył? Czy doszło do formalizacji ustaleń, które zapoczątkowały właśnie spotkania oraganizowane przez The Multicultural Business Club?

W. K.: Tak, jestem cały czas na bieżąco. Ludzie na takich spotkaniach nie tylko przedstawiają się z imienia i nazwiska ale nawiązują prawdziwe relacje. Bardzo często podpisują później umowy. Owszem, pojawiają się na organizowanych przez nas prelekcjach osoby, które jeszcze nie rozumieją do końca idei networkingu. Przychodzą wymienić wizytówki i liczą na to, że już na pierwszym spotkaniu podpiszą kontrakty. A nie tędy droga. Promujemy ideę, która polega na zbudowaniu relacji opartej na zaangażowaniu, zaufaniu, dzięki czemu te kontakty biznesowe są znacznie bardziej trwałe. Poza tym dla ludzi jest ważne to, że tworzymy miejsce, gdzie multikulturowość jest atutem. Przedsiębiorcy, będący przedstawicielami różnych kultur, czują się w tej atmosferze znacznie swobodniej.

Gdzie te spotkania są organizowane?

W. K.: Obecnie jeszcze w Manchesterze i Londynie ale od przyszłego roku planujemy już organizować spotkania również w Dublinie.

Druga część wywiadu ukaże się na początku grudnia. Wojciech Kołodziejczak opowie kto w nim zaszczepił idee networkingowe, jak można było uprawiać networking w komunistycznej Polsce, komu z networkingiem jest bardziej po drodze – Polakom, Brytyjczykom czy Polakom mieszkającym w Wielkiej Brytanii? Zdradzi nam jakie są jego największe sukcesy ale i też przeżyte porażki oraz jak ambitne ma plany na przyszłość…

Przeprowadziła i opracowała: Adrianna Wernik

FacebookTwitterPinterestGoogle+Share